W minionym nie tak dawno roku samorządy zamknęły 300 szkół szczebla podstawowego i średniego. W tym ma ich być ok. 800. Dramat? Być może, ale tak po prawdzie to konsekwencja przeprowadzonej swego czasu reformy szkolnictwa oraz przerzucenia na władze lokalne kosztów utrzymania placówek oświatowych.
Zmiany w systemie nauczania wprowadzone w 1999 roku przyjęte zostały z euforią chyba tylko przez jej twórców. Narzekali – i pukali się w czoło – natomiast wszyscy pozostali.
Rodzicom trudno było (i często nadal jest) odnaleźć się w systemie przechodzenia dzieci do gimnazjów, a potem szkół szczebla średniego. Wprowadzony system internetowej rejestracji może jest dobry dla robotów, ale nie dla ludzi myślących. Dzieci nie mają wyjścia, albo go opanują, albo nie trafią tam, gdzie chcą.
Nauczycieli dzielono mechanicznie
na tych z podstawówki i tych z gimnazjum. Wydawało się, że na liceach, technikach i zawodówkach reforma odcisnęła najmniejsze piętno, poza jednym faktem… Zabiła właściwie szkolnictwo zawodowe, co gospodarka zaczyna odczuwać najdobitniej. Tzw. ucieczka młodych robotników i techników z Polski zagranicę jest raczej mitem, fajnym tłumaczeniem się, że… szkoły zawodowe nie są nam potrzebne, bo w Polsce każdy powinien mieć wyższe wykształcenie.
Zrobił się pieruński bałagan w programach nauczania. Dzieciaki trzy razy uczyły się tego samego z historii (z nadal miernymi efektami) i nikogo to nie obchodziło. Również tych, którzy szermują hasłami tzw. polityki historycznej. A największym osiągnięciem „edukacyjnym” było wprowadzenie tzw. mundurków w podstawówkach i gimnazjach, czego kosztami obdzielono równo… rodziców.
Nikt też nie wziął pod uwagę efektu psychicznego. Dla kończących w wieku 13 lat dzieci zerwanie dotychczasowych więzi emocjonalnych, przyjaźni było dużym szokiem (do tego doszedł niemal konieczny wybór już teraz swojej przyszłości poprzez tworzenie klas profilowanych). Podobny przeżywali za następne trzy lata. I znowu po szkołach średnich. Dziwimy się teraz, że pokolenie młodych Polaków jest takie, a nie inne…
Pamiętajmy, że trzeba było również podzielić budynki. Po równo z podstawówek i liceów tworzono gimnazja. Siłą rzeczy, szkół powinno być więcej. Tak samo jak powinno być więcej nauczycieli; tych wyodrębnionych dla nowego szczebla edukacji.
No i oczywiście władze lekką ręką ustaliły, że koszty oświaty będą pokrywały teraz samorządy. Na zatory finansowe nie trzeba było długo czekać, skoro nawet podwyżki dla nauczycieli, uchwalane hojną ręką przez kolejne rządy, pokrywać muszą władze lokalne z własnych budżetów. A państwo w zamian przekazuje im tzw. subwencję liczona na każdego ucznia, czyli niejako na ich „hodowlę”.
Nic więc dziwnego, że samorządy naciskały dyrekcje szkół na „przekazywanie sobie uczniów”. Z podstawówki do gimnazjum i dalej liceum, ale w ramach jednego „rejonu”. Siłą rzeczy uczniowie (i rodzice) zmuszani są do kombinowania, aby obejść przepisy o „rejonizacji”. Walka jest obustronna i wymyśla się w niej coraz to nowe chwyty…
Reformatorzy nie przewidzieli jednak jednego; że tak skonstruowany system oświatowy zacznie podlegać regułom znanym specjalistom od rolnictwa, a w szczególności od hodowli trzody chlewnej. Tzw.
cykl świński,
przewidujący „świńskie górki” i „świńskie dołki” jest w tej branży czymś normalnym.
Niewtajemniczonym wyjaśnię, że kiedy na rynku pojawia się więcej mięsa (bo pasze są tańsze, bo stosuje się różne zachęty dla hodowców) automatycznie staje się ono coraz tańsze i hodowla jest mniej opłacalna (górka). Ogranicza się więc stada, aby wywindować ceny. Wtedy jest ono droższe i cała hodowla zapewnia większy zysk. A większy zysk to większa produkcja, więc z kolei czeka nas znowu „dołek”. I tak w kółko.
Zmniejszająca się liczba uczniów (przyczyny demograficzne) powoduje, że zamyka się szkoły, na które nie ma chętnych (a liczba szkół została urzędowo rozdmuchana). Poza tym mniej uczniów, to mniejsze pieniądze z kasy państwowej dla samorządów na utrzymanie szkół i nauczycieli. Zamknięte koło.
Teraz mówi się o zamykaniu., A co będzie, kiedy uczniów zacznie przybywać? Budować nowe, otwierać zamknięte? Nie będzie chyba innego wyjścia.
Ale nawet w tej sytuacji szkoły nadal będzie się zamykać, może tylko w mniejszej ilości. Dlaczego? Bo ktoś sobie przypomniał, że trzeba odbudować szkolnictwo zawodowe (więc można założyć, że technika i zawodówki staną się – oby! – bardziej atrakcyjne od liceów). Z drugiej strony pamiętajmy, że jesteśmy w Europie, że Polacy zaczynają kształcić się też w innych krajach i wyjeżdżają. Nawet nagły wzrost przyrostu naturalnego nie będzie więc wyjściem.
Byłem jednym z ostatnich roczników, które kończyły szkoły w starym systemie. Pamiętam, że wtedy otwarcie każdej nowej było świętem niemal ogólnopaństwowym. Nagle pojawiły się ich jak „grzyby po deszczu” i powstał problem z wyborem. Teraz aferą niemal jest ich zamykanie; aż żal robi się prezydentów miast, burmistrzów, którzy musza tłumaczyć się ze swoich decyzji.
I aby ratować resztę zagrożonych likwidacją szkół wprowadza się obowiązek nauczania od 6. roku życia. Znowu „wielcy reformatorzy” decydują za innych…