Jak to jest być szafiarką
Blog o modzie prowadzi od prawie 2 lat. Świadomie wystawia się na krytykę internautów poprzez prezentowanie swych stylizacji, dzięki czemu paradoksalnie pozbyła się kompleksów. O ciekawości, która przerodziła się w pasję, rozmawiam z jedną z polskich szafiarek - Agnieszką, czyli Zieloną Hortensją, autorką bloga hortensja.blox.pl/html.
Porozmawiajmy o tym, dlaczego zdecydowała się Pani prowadzić blog o modzie i zostać jedną z szafiarek?
- Tak naprawdę, gdy prawie dwa lata temu zaczynałam pisać blog, nie przypuszczałam, że stanie się to aż takim fenomenem! Nie pamiętam nawet, w którym momencie termin „szafiarki” Ryfki z „Szafy Sztywniary” (przyp. red. „Ubranie to przebranie”) zaczął być powszechnie stosowany. Jednak tak jak i większość szafiarek mogę powiedzieć, że to właśnie jej blog oraz Agathe, prowadzącej Stylebytes, był jedną z inspiracji do stworzenia własnego. Nie byłam zatem oryginalna.
Moją pierwszą fascynacją, jeszcze przed odkryciem „Szafy Sztywniary”, był blog Anio prezentującej ciekawe stylizacje, szyte przez siebie ubrania i własnoręcznie robioną biżuterię. I chyba to mi się najbardziej w tej zabawie spodobało - możliwość tworzenia, znalezienia ujścia dla bardziej kreatywnej strony naszej natury, a ponadto radość wynikająca z tworzenia stylizacji i fotografii. I tak całkiem prozaicznie - była też oczywiście chęć pochwalenia się nowym zakupem czy też nowym łupem z second handu.
Zawsze lubiłam modę, ale jednak wymaga ona jakiegoś dialogu, zachwytu. Zdziwienia, oburzenia, znudzenia. Jedno, czy dwa zaciekawione spojrzenia na ulicy niewiele mi dają.
Skąd czerpie Pani inspiracje do tworzenia swych stylizacji?
- Wbrew pozorom nie z wybiegów czy pism poświęconych modzie, choć te oczywiście też oglądam. Inspiruje mnie nastrój i sytuacja, a nie konkretne zestawienie. Nie pamiętam za bardzo szczegółów stroju, a jedynie jego ogólny charakter, jak np. męski look. Dlatego też nie zawsze udaje mi się ponowne stworzenie identycznego zestawu ponieważ, jak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach.
Ponadto inspirują mnie poszczególne sesje mody, pod warunkiem jednak, że mają określony nastrój i charakter. Niewyczerpanym źródłem wszelkich pomysłów i inspiracji są muzyka i filmy. Ileż zachwycających stylizacji jest np. w „Pikniku pod Wiszącą Skałą”! Albo w „Oknie na podwórze”. Do dziś pamiętam, że kupiłam kiedyś w second handzie spódniczkę tylko dlatego, że była podobna do tej noszonej przez Liv Tyler w „Ukrytych pragnieniach”. A przecież nie chodziło tylko o spódniczkę, ale o całą gamę skojarzeń, które wiązały się z nią.
Rozmawiamy o tworzeniu kolejnych stylizacji i wyrażaniu swoich uczuć poprzez nie, ale czym tak naprawdę jest dla Pani moda? Jaki ma pani do niej stosunek?
- Ja akurat stosuję dość szerokie znaczenie tego słowa. Owszem, tradycyjnie przyjmuje się, że moda to coś, czyli strój, mebel, sformułowanie, potrawa, etc., popularne w danym miejscu i czasie. Wydaje mi się jednak, że bardzo często na co dzień mówiąc „moda” mamy na myśli stroje, ubrania. Ponadto pojęciem tym rządzą bardzo nieokreślone i nieuchwytne prawa. To co jest lansowane na wybiegach, niekoniecznie musi stać się modne na co dzień, zaś co modne na ulicy niekoniecznie odzwierciedla „modne” według Vogue’a. Jednak moda ulicy coraz częściej inspiruje tą prezentowaną na wybiegach. Co jakiś czas wśród szafiarek pojawia się pewien hit, ale moda na niego panuje tylko na blogach. Jeśli do tego dodamy stwierdzenie, że wszystko już było, naprawdę, nie da rady być niemodnym!
Popularność szafiarek i blogów o modzie stale rośnie. Co pani zdaniem o tym świadczy? Dlaczego tak się dzieje?
- Myślę, że wynika to z naturalności i realności naszych blogów. Można nam zarzucać, że tworzymy zdjęcia specjalnie na potrzeby bloga, że nie ubieramy się tak na co dzień czy do pracy, ale jednak tak ubieramy się, wychodzimy tak na ulicę, znajdujemy gdzieś te ubrania. Co z tego, że nam pokażą przepiękną sesję w której bardzo szczupła i wysoka modelka ubrana jest w przepiękne ubrania Kenzo, jeśli większość z nas nie ma takiej figury, a same stroje są poza naszym zasięgiem? To, co pokazujemy na naszych blogach jest rzeczywiste i osiągalne dla czytelnika. Znajdujemy to w polskim sklepie, w second handzie, na strychu, na allegro. Przeważnie nie mamy wiedzy teoretycznej, ale za naszą wyjątkowością kryje się dużo entuzjazmu i radości z tego co robimy. Kolejnym plusem jest to, że egzystujemy w takiej samej rzeczywistości jak nasi czytelnicy, a jednocześnie mamy odwagę prezentować naszą pasję publicznie. To czasami budzi zazdrość, nieraz oburzenie, a przeważnie zaciekawienie.

Kolejne sesje i stylizacje, a do tego akcje specjalne. Jak to jest być szafiarką?
- Wspaniale! Właściwie nie widzę specjalnie wad, a jeśli już są jakieś minusy wynikające z prowadzenia takiego bloga, to traktuję je raczej jak zalety. Owszem, można powiedzieć, że blog zobowiązuje mnie do robienia zdjęć i pisania notatek w wolnym czasie, ale tak naprawdę nie muszę tego robić, a chcę, ponieważ to uwielbiam! Pokazujemy się szerszej publiczności, narażamy na krytykę, ale tak naprawdę ta krytyka wzmacnia. Odkąd prowadzę blog pozbyłam się większości moich kompleksów. Zasada „co nas nie zabije, to nas wzmocni” w praktyce sprawdza się. Tak naprawdę dzięki byciu jedną z szafiarek poznałam wiele wspaniałych osób. Ponadto nauczyłam się już wielu, wielu rzeczy i cały czas się uczę. A moda i fotografia nieustannie mnie fascynują. Czego chcieć więcej?
Czy wobec tego wiąże Pani swoją zawodową przyszłość z modą bądź fotografią? Chciałaby Pani pracować np. jako profesjonalna stylistka?
-Wiem, że niektóre szafiarki wiążą swoją zawodową przyszłość z modą, zresztą niektóre już mają na tym polu sukcesy. Ja jednak nie myślałam nigdy o karierze stylistki czy projektantki. Z drugiej strony bardzo cieszy mnie możliwość sprawdzenia się na polu dziennikarskim, jaką daje mi Dilemmas Magazine, a zawdzięczam to właśnie blogowaniu. Niewątpliwie blog może być świetną autoreklamą, miejscem do przetestowania własnych umiejętności, czy zawiązania nowych znajomości, a wszystko to dlatego, że to „nasze miejsce w sieci”, za które tylko my jesteśmy odpowiedzialni.
Jak wygląda proces komponowania zestawów prezentowanych w kolejnych postach? Czy plener na zdjęciach naprawdę w dużej mierze przyczynia się do sukcesu?
- Wydaje mi się, że nie ma na to reguły. Jedni pokazują to, co noszą na co dzień, inni zestawy skomponowane na specjalną okazję, albo zainspirowane czymś konkretnym - sesją, filmem, nastrojem… Technicznie plener pomaga w każdej sytuacji ze względu na światło, scenerię, przestrzeń, czyli elementy tak trudne do opanowania w domu przy sztucznym świetle, nadmiarze przypadkowych przedmiotów, które paradoksalnie w plenerze stanowią istne samograje. Jednocześnie są takie blogi, gdzie dziewczyny pokazują swoje codzienne stroje, na tle swojego mieszkania, a całość jest również fascynująca. Wygrywa naturalność i oryginalność. Najważniejsze, by zdjęcia były staranne, a ubrania były na nich dobrze widoczne. Wówczas nie ma znaczenia czy mają one charakter bardziej dokumentalny, czy też są poddane szczegółowej aranżacji. To kwestia indywidualna.